Sami w domu

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

 

 
Jestem Kuba, ale koledzy nazywają mnie Mario. Czemu? Bo ktoś kiedyś wołał
na ulicy Marię i ja się akurat odwróciłem, no i cóż, zostałem Mariem.
Poza tym mam 11 lat i mieszkam w domu na osiedlu takim jakich wiele, parę
uliczek, trochę domów i nuda. Dobrze chociaż, że mam kilku dobrych kolegów –
Ediego, Krychę i Guzika. Dziwnie się nazywają? Może trochę, ale o tych ksywkach
opowiem kiedy indziej.
Mój brat Jasiu, jak to młodszy brat, wchodzi do mojego pokoju wtedy, gdy
akurat nie jest potrzebny. Na przykład wczoraj przyszedł do mnie Krycha i chcieliśmy
pograć na kompie, a tu Jaś wchodzi i on też będzie grał. My mu tłumaczymy, że
jeszcze nie umie zbyt dobrze grać, że może popatrzeć, ale on nie chce patrzeć
tylko grać i zaczyna krzyczeć.
- Dobra, dobra – mówię mu - siadaj,
ale cisza. - Wiem przecież, że jak przyjdzie mama to zapyta co mu robimy, że
płacze i każe zaraz wyłączyć komputer i iść na świeże powietrze. Taka
sprawiedliwość.
Wczoraj wieczorem zadzwonił telefon. Odebrała mama i się mocno
zdenerwowała. Zaraz zawołała tatę i o czymś dyskutowali. Za chwilę popatrzyli
na nas, na siebie, znów na nas i razem stwierdzili: - Dadzą sobie radę.
- O co chodzi? – spytałem.
- Babcia się rozchorowała i trzeba zawieść ją do szpitala. Musimy zaraz
jechać, bo się bardzo źle czuje. Nie pojedziemy wszyscy, bo pewnie zejdzie nam
do późna, a poza tym nie zmieścilibyśmy się w samochodzie. Kuba, zostaniecie z
Jasiem w domu - wyjaśnił tato,-  ale czy
dacie sobie radę?
- No pewnie – odpowiedziałem, widząc już oczyma wyobraźni wieczór z
Minecraftem. – Jedźcie do babci, ja się zajmę Jasiem.
- Pamiętaj Kuba, żeby położyć Jasia do spania o dziewiątej, poczytaj trochę
i jak ktoś zadzwoni do drzwi to co trzeba zrobić?
- Trzeba zapytać kto tam, jak ktoś nie znajomy, to nie otwierać –
wyrecytowałem.
- Dokładnie tak. Jesteś teraz w domu gospodarzem, opiekuj się bratem,
wrócimy tak szybko jak tylko się da – powiedział tata, ubrał buty i razem z
mamą wyszli.
- No, Jasiu, mamy luz. Przyniosę ci pudło z klockami i zbudujemy basztę –
powiedziałem planując, że się zaraz urwę z tej budowy, bo Jaś uwielbia stawiać
z klocków różne cuda i w sumie pomocy nie potrzebuje.
- Jaką basztę?
- Taką wieżę, albo może garaż na twoje auta – mówiąc to dźwigałem już
klocki. Rozsypałem je na dywanie, a Jaś z miejsca zabrał się do pracy. Ja
miałem wolne.
Poszedłem do siebie, uruchomiłem komputer, założyłem słuchawki i oddałem
się budowaniu mojego świata.
Co jakiś czas odrywałem tylko oczy od monitora i wołałem, bo przecież
szkoda wstawać „Jasiu! Budujesz?” „Tak” padała odpowiedź, więc mogłem z
powrotem wrócić do moich klocków.
Był ciepły wieczór, grałem już dobrą godzinę i zachciało mi się pić.
Zdjąłem słuchawki z uszu, wstałem i przechodząc obok salonu zobaczyłem na
dywanie garaż, drogę dojazdową i piętrowy parking jeszcze w budowie. Ale…
czegoś albo raczej kogoś brakowało! „Gdzie jest Jaś?” – pomyślałem.
Odwróciłem głowę i mnie zamurowało. W otwartych drzwiach wejściowych stał
wysoki mężczyzna w długim płaszczu i z dużą torbą w ręku. Jaś trzymał jeszcze
za klamkę i przyglądał się przybyszowi. Stało się dla mnie jasne, że gdy
zadzwonił dzwonek do drzwi Jaś po prostu do nich podszedł i je otworzył, ale za
nimi nie było babci ani nawet Krychy czy Guzika tylko nieznany nam, podejrzanie
wyglądający gość.
W tym momencie obcy się odezwał:
- Jestem sprzedawcą książek. Czy są rodzice w domu, żebym mógł je
zaprezentować?
- Nie ma taty ani mamy – szczerze odpowiedział Jaś.
- Ale zaraz mają wrócić – szybko dodałem.
Mężczyzna się uśmiechnął i robiąc krok w przód zapytał:
- A może wy oglądniecie chociaż komiksy?
- Nie, nie chcemy – odparłem. Obcy zrobił jeszcze krok w przód i zatrzasnął
drzwi od środka. W jednej chwili przestał się uśmiechać. Chwycił mnie za ramię,
tak że prawie mi obojczyk złamał, Jasia drugą ręką chwycił wpół i rozglądając
się ruszył do przodu.
- Gdzie jest łazienka – zapytał sucho.
Palcem wskazałem drzwi na końcu korytarza. Ruszył z nami w kierunku, jak
się później okazało, naszego więzienia. Wepchnął mnie do środka, a Jasia
niedbale postawił na podłodze.
- Nie ważcie mi się stąd ruszyć, bo wam nogi połamię – zagrzmiał i
zatrzasnął drzwi od zewnątrz. Dosunął krzesło i przyblokował klamkę.
Jaś zaczął płakać. Był tak przestraszony, że do tej pory nie wydał ani
jednego dźwięku. Zerknąłem do lustra i też coś blado wyglądałem. Rozmasowałem
ramię i próbowałem pocieszyć brata.
- Jasiu, nie martw się, rodzice niedługo przyjadą i pokarzą mu gdzie raki
zimują.
Ale Jaś chlipał dalej. Przytuliłem go, żeby poczuł się pewniej, nie żebym
też potrzebował wsparcia, ale w sumie razem było raźniej.
Tymczasem z kuchni docierały do nas dźwięki otwieranych i zamykanych
szafek, szuflad, przewracanych dzbanków, a potem ciężkie kroki skierowały się w
stronę schodów na górę.
Myślałem gorączkowo co tu zrobić. Delikatnie ruszyłem za klamkę, ale
przyblokowana stołkiem, ani drgnęła. Rozglądnąłem się dookoła i nagle oświeciło
mnie. Okno! Tak! Przecież możemy wyjść przez okno na zewnątrz. Nie jest wysoko
więc bez problemu zeskoczymy na dół.
Cicho wytłumaczyłem Jasiowi co zrobimy i delikatnie otworzyłem okno,
wychyliłem się na zewnątrz, żeby się rozglądnąć, podstawiłem Jasiowi kosz na
bieliznę, aby miał wyżej i najpierw sam wyskoczyłem, a następnie pomogłem bratu
zejść z parapetu.
Cichutko, na paluszkach przebiegliśmy wzdłuż domu, a jak weszliśmy za
drzewa już biegiem, co sił w nogach popędziliśmy do sąsiadów.
Zdziwili się, czemu o tej porze dzwonimy do ich drzwi, ale jak usłyszeli co
się stało, natychmiast  zadzwonili na
policję.
Panowie w mundurach zaraz podjechali na sygnale, a złodziej, który usłyszał
syreny próbował uciec przez ogrodzenie z tyłu domu, ale nadaremno. Torba, z
którą przyszedł, wypchana po brzegi naszymi rzeczami, tak go obciążyła, że nie
był w stanie zwinnie się poruszać. Pies policyjny go dopadł i ściągnął  z siatki. Warknął, pokazał swoje kły, a
złodziej ani drgnął.
Widziałem przez okno jak policjanci prowadzili go do radiowozu. Nie miał
już takiej pewnej miny jak niedawno. Dobrze mu tak!
Kiedy przyjechali rodzice, siedzieliśmy w domu z policjantami i sąsiadami.
Mama o mało nie zemdlała. Podbiegła do mnie, zrobiła szybki przegląd – głowa
cała, ręce są, nogi w porządku, potem mocno mnie przytuliła. Jaś zasnął na
kanapie, przykryty kocykiem przez panią Martę – sąsiadkę.
Tato stał w drzwiach i nie mógł się ruszyć.
- Tylko raz was zostawiliśmy w domu samych! – wykrzyknął trzymając się za
głowę.  – Co się stało?
- Ma pan bardzo odważne dzieci – odpowiedział jeden z policjantów – dzięki
nim złapaliśmy złodzieja, który od dawna okradał okoliczne domy.
- A jak wszedł do domu?  - dociekał
tata.
- Hmmm – próbowałem przeciągać, ale tata patrzył na mnie pytająco - Jaś go
wpuścił – odpowiedziałem w końcu zgodnie z prawdą.
- A gdzie ty wtedy byłeś? – tata nie odpuszczał.
Spuściłem głowę i rzekłem:
- Grałem i nie słyszałem dzwonka. Kiedy się zorientowałem było już za
późno. Złodziej wszedł do naszego domu.
- No tak, wszystko jasne. – zawyrokował  tata. – Synu, musimy poważnie porozmawiać.
No i rozmawialiśmy. Najpierw w domu, potem w szkole z wychowawczynią i
panią pedagog, bo przecież wieści się szybko rozchodzą. Zapamiętam do końca
życia, że jak dzieci są same w domu, to nie mogą otwierać obcym drzwi. Jaś pewnie
też ma to mocno utrwalone.
Dobrze, że chociaż babcia lepiej się czuje.
 

 

Dodaj komentarz

Będzie mi miło, jeśli zostawisz swoją opinię.

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze   

0 # eliza 2015-05-17 18:49
Super i wiele uczy dzieci.
Odpowiedz
0 # rokitka 2015-05-17 18:49
można na pewno się dużo nauczyć
Odpowiedz
0 # jjay 2015-05-17 18:49
fajna bajka i 100% pszyśpieszona
Odpowiedz
0 # Misia 2015-05-17 18:48
Jakie prawdziwe :)

Dzięki wielkie za to opowiadanie.
Odpowiedz

reklama

Jeśli chcesz otrzymywać od nas informacje o nowych bajkach, zostaw proszę swój adres e-mail. Terms and Condition Zapisując się na listę akceptujesz nasz regulamin.
Joomla Extensions powered by Joobi

Polecane